#14 I don’t care if Monday’s blue… czyli kilka słów o nowościach.

Dodano:

Postanowiłam wam oszczędzić kilometrowych wywodów na sto tematów na raz jak ostatnio (które ostatecznie miały wspólny mianownik) i napisać poweekendowe podsumowanie nowości, jakie obejrzałam. Na pierwszy ogień poszło premierowo „Monday” a na drugie danie „Prime Time”. Czy mi zasmakowało? Sprawdźcie sami…

Jak wiecie na „Monday” (reż. Argyris Papadimitropoulos) ostrzyłam sobie zęby już od jakiegoś czasu, aczkolwiek nie miałam wobec niego większych oczekiwań, wiedząc, w jakie struny uderzają tego typu filmy z Sebastianem Stanem w roli głównej. I tak właśnie podeszłam do premiery tego filmu.

Chciałabym napisać, że się zaskoczyłam, ale nie mogę. Rzecz w tym, że ten film nie był zły. Nie był też dobry. Generalnie budził (nadal budzi) we mnie bardzo mieszane uczucia. Gdy wyszły napisy końcowe miałam takie „what? i tyle?” i generalnie byłam dość zdegustowana, bo w zasadzie poczułam, jakby ktoś mi zabrał niedokończony kawałek pizzy, który chciałam dojeść. Ale w zasadzie idąc tą parafrazą ten kawałek pizzy dostałam jakby nadgryziony i podgrzany. I długo mi ta pizza siedziała na żołądku.

Jak już się z nim przespałam (tym filmem, rzecz jasna…;)), przetrawiłam swoje watpliwości to uważam, że był to całkiem niezły film. Trochę dziecko „Endings, Beginnings” o którym wspominałam w zeszłym tekście i „Historii małżenskiej” (reż. Noah Baumbach, 2019).

Fabularnie dostaliśmy wycinek (ok. 8-10 miesięcy) z życia pary kochanków, którzy postanawiają przewrócić swoje życia do gry nogami i zamieszkać razem od praktycznie pierwszej chwili jak się ze sobą zobaczyli (tzn. zobaczyli i od razu przeszli to bliższego poznania).

Światy tych dwoje to dwie zupełnie różne bajki. On, Mickey (Sebastian Stan), przed 40stka, Dj dorabiający sobie na tworzeniu jingli, próbujący odzyskać syna, żyje od imprezy do imprezy. Ona, Chloe (Denise Gough), kilka lat starsza, prawniczka obracająca się w dość snobistycznym środowisku, planująca wrócić do Stanów po zakończeniu toksycznego związku. Losy tych dwoje splatają się na imprezie, gdzie łączy ich wspólne zamiłowanie do muzyki, tańca i używek. I namiętność, której upusty są widzowi prezentowane mniej więcej co 10 minut filmu.

I tutaj jakby całe clou tej relacji – mają fajny seks, lubią dziką zabawę w weekendy a gdy przychodzi poniedziałek i proza życia to przestaje być już bajecznie. I jakby całość filmu bazuje na ukazywaniu nam zderzenia piątku i poniedziałku, słodkogorzkiej relacji, w którą uwikłani są główni bohaterowie i z którą mierzą się weekend po weekendzie.

Film ma kilka zwrotów akcji, elementy komediowe i wyciskające łzy, ale nie ma jakiegość typowego punktu kulminacyjnego. Jest to kolejny film bez zarysowanego początku i końca. Właśnie tu nie do konca jestem pewna, czy kupuję tę konwencję.

Poza fabułą film to mistrzostwo jeśli chodzi o muzykę (rzadko zdarza mi się zapętlać soundtracki na spotify), fantastycznie wciąga widza w letnią, gorącą noc na dyskotece. Zdjęcia są przepiękne, aż chce się wszystko rzucić i wyjechać do Grecji. Zwlaszcza teraz, kiedy wszystko to, co tak pięknie opakowane dostajemy w filmie jest tylko w sferze wyobraźni.

Aktorsko jest sztos, można zapomnieć, że ogląda się aktorów, bo chemia pary głównych bohaterów jest niemal widoczna gołym okiem. Jak już jesteśmy przy słowie „gołe”… no cóż, dużo i często. Więc pomijając sposób prowadzenia fabuły, który może mieć swoich amatorów, historia sama w sobie jest interesująca a całościowo film po prostu ogląda się przyjemnie. Zdecydowanie jest to miła alternatywa dla cukierkowych komedii romantycznych czy melodramatów o umieraniu któregoś z kochanków.

O „Prime Time” niestety tyle do powiedzenia nie będę miała. Niestety mimo całkiem zgrabnego początku i rozwinięcia film mnie mocno rozczarował. Pominę już aspekt moralny i to, czy rzeczywiście doszło do nadużycia ze strony reżysera (Jakub Piątek) podczas „inspirowania się” prawdziwą historią Adriana M. Rozczarował mnie fakt, jak nagle, z zapowiadającego się dramatu dostaliśmy niewiadomoco bez puenty.

Oczywiście znów aktorsko – bomba. Bartosz Bielenia to chyba najbardziej utalentowany aktor młodego pokolenia, którego charyzmę i warsztat mogliśmy podziwiać wcześniej w nominowanym do Oscara „Bożym ciele” (reż. Jan Komasa, 2019), któremu partnerowała znakomita Magdalena Popławska i Andrzej Kłak (który niestety ale zatonął gdzieś w charyzmie Bielenii i Popławskiej).

Film opowiada historię Sebastiana (Bielenia), który włamuje się do telewizji publicznej w sylwestrową noc, aby przejąć moment rozdania głównej nagrody w loterii i wygłosić kilka słów. Aby dopiąć bierze ochroniarza (Kłak) i prezenterkę (Popławska) za zakładników. Cały film to negocjacje z policją, rozmowy z despotycznym ojcem, radzenie sobie z traumami dzieciństwa i budowanie relacji z zakładnikami.

Zaczyna się mocno i szybko. Mamy elementy kryminału, thrillera oraz dramatu, który mnie chwycił kilka razy za gardło i uroniłam kilka łez. I nagle zaczyna być jakoś niezręcznie, jakby gdzieś z tego jaskrawego i okrąglutkiego balonika zaczęło uciekać powietrze. Gdzieś pojawia się próba ratowania całości brutalnym zakończeniem, ale nijak nie nadaje to całości ani kształtu ani smaku…

Seans zostawia po sobie więcej pytań, niż odpowiedzi. Z jednej strony mamy mocne kino, doskonale zagrane. Wywołujące silne emocje sceny, jak rozmowa Sebastiana z ojcem czy moment aresztowania go. Gdzieś uderza aktualność tego, co jest nam prezentowane, mimo, że akcjia rozgrywa się w Sylwestra 1999roku. Swoją drogą bardzo przyjemnie i nostalgicznie oglądało się odtworzenie tamtejszego klimatu, tak właśnie zapamiętałam telewizję z tamtego okresu. Niestety film pozostawia po sobie niesmak związany z fabułą, która sprawia wrażenie napisanej na kolanie a jednocześnie w tak nieprzyjemnych okolicznościach „pożyczonej”.

I to byłoby na tyle. W najbliższy weekend czeka mnie moje ulubione filmowe wydarzenie, które co roku śledzę z wypiekami na twarzy, czyli… 93 ceremonia wręczenia Oscarów. Jestem bardzo ciekawa jak będzie ona przebiegała w związku z obostrzeniami związanymi z pandemią… na pewno będę na żywo publikowała ciekawsze smaczki na instastories a poźniej napiszę do was tutaj jak mi się podobało. Macie swoich faworytów?

Na zakończenie coś muzycznego, tak dla odmiany. Choć teledysk to filmowe mini arcydzieło. Jeszcze ciepła, bo premierowa wczoraj piosenka „Przypływy” Natalii Szroeder z Ralphem Kamińskim.

Trzymajcie się ciepło,
Pozdrawiam,
Pa!

P.S.

Kochani, przypominam, że Dziabąg nadal na was liczy!

6 responses to “#14 I don’t care if Monday’s blue… czyli kilka słów o nowościach.

  1. Oczywiście, że mam faworyta do Oscara, wspaniały „Colectiv”, rumuński dokument o aferze w państwowej służbie zdrowia w sprawie której śledztwo przeprowadziła gazeta sportowa 🙂
    Cieszę się, że mam vipowski przywilej otrzymywać relację „na żywo” z niektórych opisywanych tu przez Ciebie filmów 🙂

  2. O nie, nie usnęłam! Tak mi się przynajmniej wydaje.. 😉 ciekawa jestem, na ile ten Adrian pisze prawdę na swoim blogu jak to twórcy filmu ukradli jego historię i wykorzystali bez jego zgody. Nie widziałam filmu, ale mam jakieś wątpliwości czy jest on naprawdę tak bardzo pokrzywdzony na jakiego się przedstawia.

  3. Wiesz, reklama dźwignią handlu – ostatnio postował. że wydaje książkę. Nawet jeśli jest to historia inspirowana, to nie uważam, że typ ma prawo wyłączności i czy takich historii nie było w świecie więcej.

  4. Otóż to, na świecie działy się analogiczne akcje z wtargnięciem na wizję, np. w USA, więc trudno by ktoś kto tak zrobił rościł sobie „prawa autorskie” do takiego motywu. I jak rzecze przysłowie „historia lubi się powtarzać”. Jeśli zwęszył ewentualny zarobek na tym to nie dziwne, że chciałby kawałeczek dla siebie- bo przyznajmy, kto by nie chciał?

  5. I tak i nie, nie jestem pewna, czy to dobry sposób na 'odgryzienie’ kawałeczka dla siebie i czy nie odbije się on czkawką. Ale sytuacja warta obserwowania.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.